fbpx

Pociąga mnie widok – Rozmowa z Adamem Robińskim

Portret Adama Robińskiego
Adam Robiński (fot. Marta Filipczyk)

 

„Ci »stąd« w góry nie chodzili wcale. Kiedyś jeden z przyjezdnych poznał piękną Barbarę. Długo namawiał ją na wspólną wycieczkę. Mówił:

– Basiu, pójdziemy na połoninę. Wiesz jak tam ładnie?
– Daj mi spokój z tą połoniną – odpowiadała, a on przysuwał się do niej i powtarzał:
– Basiu, chodź ze mną na połoninę – i znowu się zbliżał.

A kiedy ich ramiona już się stykały, Basia wstała, chwyciła swoją torebkę, wytrzepała na stół całą jej zawartość, i powiedziała:

– Patrz, niczego nie brakuje. Nic na tej twojej połoninie nie zgubiłam. To po co będę tam szła?”

(„Kiczery”, Adam Robiński, Wydawnictwo Czarne 2019)

Zgubiłeś coś, że tak łazisz wszędzie?

Jak się gubię we własnych myślach, albo mam ich za mało, żeby cokolwiek sensownego znaleźć, to gdzieś idę. To pomaga wykalibrować głowę. Całe życie mieszkam w betonie, między blokami, więc jak mam iść, to w zielone, byle dalej od tego betonu. Do tego strasznie lubię o tym łażeniu i o tym zielonym mówić, więc się może wydawać, że jestem nie wiadomo jakim wielkim wiercipiętą, podczas gdy tak naprawdę jestem raczej domatorem, który po prostu się cieszy, kiedy może z tego domu wyjść.

Czy to właśnie w tym – przez to blokowisko – odkryłeś tę potrzebę? Żeby zobaczyć, gdzie jest jego kraniec? A może miałeś zaszczepione w sobie takie poszukiwanie przestrzeni naturalnej?

Jako dorośli lubimy sobie wyobrażać, co myśleliśmy, kiedy byliśmy młodsi. Lubimy sobie dopowiadać te myśli z dzisiejszej perspektywy. Barry Lopez nazywa to kolonizowaniem własnej przeszłości. Więc na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. Nie wiem. Pewnie w jakimś momencie pojawiła się we mnie taka potrzeba i zacząłem przykładać do jej realizacji dużą wagę, do łażenia po lesie blisko domu, potem do jeżdżenia gdzieś dalej, a potem, kiedy założyłem rodzinę, znów blisko domu.

Czy to znaczy, że wolisz daleko? Nie możesz daleko? Powiem Ci, skąd się bierze to pytanie… Bo ja nigdy jakoś bardzo nie chciałem daleko, ja zawsze chciałem blisko. Chciałem zobaczyć, czy tutaj blisko można poczuć to samo, o czym piszą podróżnicy. Kiedy czytałem „Hajstry”, w pewnym momencie zacząłem je czytać jak powieść o podróżniku, który przemierzał bezkresne przestrzenie i pomyślałem: tak, to jest mój człowiek! To ten, który znajduje to „coś” TUTAJ, a nie mówi: „O nie, stary, to musisz daleko… Musisz gdzieś TAM”.

Byłbym nieszczery, gdybym powiedział, że nie zależałoby mi na podróży do Patagonii czy Kanady, ale uważam, że nie jest to coś wartego opisania. Nie ma w tym nic szczególnego. Dużo bardziej atrakcyjne i słuszne jest dla mnie zwracanie uwagi na to, że egzotykę – w przeróżnej postaci – można znaleźć na progu własnego domu. Może dzięki temu ktoś spojrzy serdeczniej na swoje sąsiedztwo i otoczenie. To tak jak wino słodkie i wino wytrawne: jedne krajobrazy są w sposób oczywisty piękne, czasami aż zbyt piękne, a inne są piękne w sposób nieoczywisty.

A co Cię pociąga najbardziej?

Przede wszystkim rozległy widok, ponieważ – jak już mówiłem – w mieście wszystko zasłania wszystko inne. Widok, czyli nie człowiek. Miejsce, gdzie tego człowieka nie będzie. To bardzo często oznacza desperackie próby stworzenia sobie tego krajobrazu na własny użytek, czyli jechanie gdzieś w sobotę, przed świtem, żeby nie było nikogo z psem czy inną wędką. Żeby był tylko komfort dalekiego patrzenia. Patrzysz przed siebie i wzrok ci biegnie, biegnie, biegnie i nie chce się zatrzymać. Na niżu trzeba się naprawdę namęczyć, żeby znaleźć otwarte przestrzenie. Ale to główkowanie, kombinowanie, wymyślanie, jest naprawdę fajne. Reżyserowanie krajobrazu od dawna wydawało mi się fajnym tematem na jakąś literaturę.

Widok z Połoniny Caryńskiej.

Coraz rzadziej mamy komfort patrzenia w dal bez człowieka, czy śladów jego działania, czy bytności. Pięknie te obrazy malujesz w „Hajstrach”. Absolutnie uważam Cię za mistrza emocjonalnego opisywania pejzażu. To jest coś, czego nie ma w literaturze…

Jest, jest, tylko mniej we współczesnej. Trzeba szperać w bibliotekach i antykwariatach.

W „Hajstrach” był właśnie ten – często wyludniony – pejzaż, a jednak Bieszczady już są opowiedziane przez historię ludzi.

Naiwne byłoby myślenie, że opowieść kogoś, kto widzi te Bieszczady w 2018 roku, będzie ciekawsza niż opowieść żyjących źródeł – ludzi pamiętających Bieszczady zaraz po wysiedleniach. Od początku wiedziałem, że chcę dotrzeć do tych ludzi, i że ta książka będzie właśnie o ludziach, i że to nie będzie jedynie mój punkt widzenia, tak jak to było w „Hajstrach”, tylko to będzie kolektywna opowieść o przestrzeni. Bo ten bieszczadzki mit, z którym się w „Kiczerach” mierzę, to nie jest wymysł jednej osoby, Robińskiego czy Kowalskiego, tylko konstrukt pielęgnowany przez parę pokoleń Polaków.

Znak drogowy Uwaga Zwierzęta z dodatkową tablicą pod spodem: niedźwiedź, wilk, ryś, dzik, jeleń, sarna, bóbr.
Uwaga! (fot. Adam Robiński)

Poza tym, jeśli napisałeś jedną książkę i ona się komuś spodobała, to pisanie drugiej takiej samej byłoby drogą na skróty. Naturalnym odruchem było dla mnie poeksperymentowanie, poszukanie innych rozwiązań, oczywiście pozostając w polu własnych zainteresowań. Wiedziałem też, że chcę napisać książkę, która będzie pewnie trochę bardziej przystępna niż „Hajstry”. Chciałem napisać to trochę inaczej i zobaczyć, czy też wyjdzie mi coś, co ma ręce i nogi. Chciałem, żeby to była opowieść nie tylko o miejscu, ale również o podróżowaniu, o narracjach, o przestrzeni, o zmyśleniach i zapomnieniach oraz o tym, jaka krótka jest pamięć. Nie zawsze mi zależało, żeby dotrzeć do prawd o tym miejscu, czasem ciekawsze było dla mnie to, jak ludzie na jego temat fantazjowali.

Wydaje mi się, że są takie miejsca, które bez przekazu człowieka już nie istnieją, bo odeszły i już ich nie ma. Zachowały się tylko w tym, co oni niosą ze sobą i mówią: tu było tak. I takie są Bieszczady, to jest oczywiste. Nie ma już Bieszczadów zamieszkanych, ani nie ma już takich Bieszczadów turystycznych. Nie ma takiego przemysłu, ani nie ma takiego lasu.

Ostatnie retorty w Bieszczadach.

Powiedziałeś, że szukanie bezczłowiecza w przyrodzie jest jakimś celem. W „Hajstrach” pięknie pokazałeś Pulwy. Ich urodą jest właśnie brak człowieka, ale z drugiej strony, jeśli będziemy szukali tego wyludnienia – czy to nie jest też krzywdzenie miejsc?

Wszystko zależy od tego, jaki chcesz osiągnąć efekt. W „Hajstrach” reżyserowałem krajobraz, bawiłem się nim, szukałem przestrzeni bezludnej, tworzyłem pustynie i krajobrazy arktyczne. W „Kiczerach” miałem zupełnie inny cel. Chciałem usłyszeć, co może łączyć człowieka z krajobrazem…

Co może łączyć człowieka z krajobrazem?

Silne korzenie. To nie jest tak, że ja, ty, my – ludzie, kształtujemy krajobrazy. Krajobrazy kształtują także nas. Kształtują nas emocjonalnie. Odciskają w nas swój ślad. Swoje tropy. Jesteśmy przez te krajobrazy emocjonalnie zadeptani. Jesteśmy też, jako ssaki lądowe, przywiązani do konkretnego ekosystemu. Owszem, mamy dużą zdolność adaptacji, ale to nie jest tak, że będziemy funkcjonować w każdym. Żyjąc w mieście, łatwo o tym zapomnieć. Możemy nie zauważać pór roku, a jeśli nawet je zauważamy, to możemy ignorować ich konsekwencje. Spróbuj nie zauważać pór roku w Bieszczadach, od razu dostaniesz po dupie od otoczenia. Ta więź, która łączy ludzi z przestrzenią, te korzenie, są tam widoczne jak na dłoni. I to jest coś, o czym ja chcę mówić, nie tylko w tej książce, bo również w codziennej pracy dziennikarza. O tych korzeniach, które powinniśmy zapuścić, bo przecież żadne z nas ptaki, my, ludzie, jesteśmy drzewami!

(fot. Adam Robiński)

Mam wrażenie, że większość dzisiejszych problemów ludzkości i planety bierze się z tego wykorzenienia. Oderwania od ekosystemu, ignorowania go. Każdy rozsądny człowiek, kiedy się nad tym zastanowi, stwierdzi, że tak się po prostu nie da. Jeśli jest planeta o ograniczonych zasobach, to owszem, w mikroskali można przez jakiś czas poudawać, pożyć na kredyt, ale w makroskali to jakaś bzdura. Więc fajnie jest, kiedy możemy z powrotem zapuszczać korzenie i możemy się wiązać z jakąś przestrzenią emocjonalnie, bo wtedy zaczynamy też się o nią troszczyć, przejmować i starać się zapewnić jej i nam samym jakąś ciągłość.

Powiedziałeś, że żyjemy w oderwaniu od przestrzeni, i że brzmi to jak początek epitafium dla ludzkości, które kiedyś ktoś nam napisze. Staję się coraz większym antroposceptykiem, mam bardzo duże wątpliwości, co do tego, czy jest jeszcze jakaś droga wyjścia z tego, co jest teraz, z tego, co wielu ludzi dotkliwie odczuwa. Szczególnie ludzi, którzy siedzą w przyrodzie, którzy do niej wychodzą, tak jak Ty czy ja… i teraz, jeżeli ja miałbym Cię spytać: – Adam, jak to wszystko naprawić?

Wiesz co, ja nie czuję się na siłach…

Czekaj, skoro powiedziałeś, że problemem jest oderwanie od przestrzeni, a ponowne zapuszczanie w niej korzeni emocjonalnych sprawia, że chcemy się o nią troszczyć, to może to jest metoda? Może trzeba tę całą ludzkość tam przenieść i pokazać im to, przybliżyć? Czy to nie to robisz – wstawiasz ich choćby w te Biesy i mówisz im: – „Patrzcie na to!”

Nie, tu raczej chodzi o to, żeby powiedzieć: – „Słuchajcie, wyjdźcie przed swój dom, zastanówcie się, czy macie tam jeszcze jakieś drzewa, czy obserwujecie ptaki, czy rosną jakieś rośliny”. Nie chodzi o to, żeby ludzie parę razy w roku doświadczyli jakiejś więzi ze swoim krajem, czy z jego przyrodą, tylko żeby tę więź czuli na co dzień w miejscu, w którym mieszkają. Nawet jeśli jest to miasto. W mieście też można stworzyć godne przyrodniczo warunki. Dla drzew, dla ptaków, ssaków, owadów, gryzoni i sapiensów.

No tak, ale co w takim razie z dziećmi? Masz dzieci i one muszą w tym jakoś funkcjonować, pakujemy je teraz w to wszystko. Czego chcesz je nauczyć?

Właśnie tego, jak istotne jest otoczenie przyrodnicze wokół nich, nawet jeśli mieszkają w bloku. Chciałbym, żeby nawiązywały więź z tymi drzewami, które dookoła rosną. Żeby potrafiły rozróżniać ich gatunki. Żeby co najmniej raz w tygodniu szły z rodzicami do lasu, bo być może w pewnym momencie same sobie wyrobią taki nawyk.

Bieszczadzkie Ślady (fot. Adam Robiński)

Jeśli chodzi o moje własne dzieci – cztero- i sześciolatka – to staram się nie być nachalnym. Nasze wycieczki do lasu często kończą się marudzeniem. „Kiedy będziemy wreszcie w domu” i „W ogóle po co to wszystko” i „Taaataaa, na barana”. Ale czasami coś zagra i nagle jest wielkie halo, bo sarna, bo dzięcioł, bo mysz. W lesie obok domu mamy taką lisią norę, którą regularnie odwiedzamy, choć nigdy nie widzieliśmy przy niej lisa. Szukamy celów wycieczek, żeby to nie było łażenie dla samego łażenia, które wystarcza mnie, dorosłemu, ale żeby dzieci też coś z tego miały tu i teraz. Wiesz, nikt nigdy nie powiedział, jak uczyć dzieci przyrody. Każdy rodzic próbuje po swojemu. Ja staram się tłumaczyć, że zielone jest fajniejsze od szarego.

Ty zostawisz po sobie dużo, zostawisz opisy przyrody, zostawisz miejsca, w które ludzi zabierasz. Nie boisz się tego, że ci ludzie, których tam zabierasz, zadepczą te miejsca, zmienią je nieodwracalnie, czy wracamy do tego, że to się i tak stanie, i ty po prostu starasz się zachować ich pamięć?

Książka to jest książka, trafia do konkretnych ludzi. Mam nadzieję, że do takich, którzy przeczytają ją z pełną świadomością powagi tematu. I że zaraz po jej skończeniu nie ruszą na quadach do Tworylnego, bo to by znaczyło, że nic z niej nie zrozumieli i że wszystko na marne.  Ale to nawet trochę zabawne, bo dwa dni temu zadałem to samo pytanie pisarzowi Barry’emu Lopezowi. W odpowiedzi opowiedział anegdotę, jak to rok po wydaniu swojej książki („Arktyczne marzenia” – przypis WJ) był na dalekiej północy Alaski z naukowcami, i nagle w tej arktycznej pustce wylądował samolot. Wysiadło z niego 20 osób w jednakowych czerwonych kurtkach, a jedna z nich podbiegła do niego i mówi: „Barry, ja ci muszę podziękować, dzięki tobie mam świetnie prosperujący biznes!” (śmiech). On się wtedy poczuł jak idiota. Naukowcy spojrzeli na niego jak na intruza. Koniec końców, to pewnie właściwie postawione pytanie: mówić czy milczeć.

To jest właśnie moje pytanie.

Na pewno są miejsca, które warto by było zostawić nieopowiedzianymi, ale na pewno nie zaliczają się do nich Bieszczady. Przecież nie jestem pierwszą osobą, która o nich opowiada. Być może o Pulwach napisałem jako pierwszy, ale nikt tam przecież za mną nie pojedzie w środku zimy, żeby śmigać na biegówkach…

… i patrzeć na NIC. Lubisz patrzeć na nic?

To jest to, czego pragnę! Chciałbym patrzeć na inne planety, patrzeć na inne światy. Własnymi oczami zobaczyć inne planety.

Czy odrealniasz te miejsca? Widzisz księżyc w Pulwach?

Nie, w Pulwach to widzę Enceladusa, księżyc Saturna pokryty lodem. Ten nasz ziemski raczej w takich miejscach, które są przeorane przez człowieka. Jakiś kamieniołom, wyrobisko. Literatura jest przestrzenią, w której wyobraźnia może zaszaleć. Poszukać metafor, które wydają się dziecinne, naiwne, zaprzeczają naukowym oczywistościom, ale sam w sobie będą nośnikiem jakiejś prawdy. W literaturze można sobie pozwolić na więcej. Jest też trochę tak, że pisząc „Hajstry” nie miałem jeszcze tej pewności. Tak mi się wydawało, ale dopiero to, że gdzieś tam po drugiej stronie znaleźli się czytelnicy, którzy nadają na tych samych falach, pozwoliło mi w pełni w to uwierzyć.

Jakie miejsce wychodziło z Ciebie najdłużej? Że od środka puka i mówi: „pamiętasz”?

Od 20 lat jeżdżę na Warmię, to pagórkowaty krajobraz usiany trochę lasem, trochę jeziorami, z niską gęstością zaludnienia. Turystyka jest tam licha, drogi dziurawe, a domy z czerwonej, poniemieckiej cegły. W każdej wsi bocian. Między wsiami zabytkowe aleje, bo Prusacy tak je wytyczali i na szczęście wiele z nich wciąż stoi.  Jestem tam kilka razy w roku, głównie po to, żeby nie musieć nic. Żeby stać się jednodniówką, jak to pięknie napisał kiedyś Herbert. Niestety, jak człowiek pisze o krajobrazie, to bardzo często zaczyna traktować ten krajobraz zadaniowo, jak studnię z tematami. To niewątpliwie odbiera trochę z przyjemności z obcowania z nim. Warmia jest takim miejscem, gdzie nie szukam zadań czy tematów. Nic tam nie muszę. Mogę wziąć żonę i dzieciaki, przejść się nad Pasłękę i  policzyć żurawie, a potem nie zapisywać, ile wyszło.

 

Portret Adama Robińskiego
Adam Robiński (fot. Marta Filipczyk)

Adam Robiński (ur. 1982) jego artykuły można czytać w „Rzeczpospolitej”, „National Geographic Polska” czy „Piśmie”. Jest stałym współpracownikiem „Tygodnika Powszechnego”.

„Hajstry” (Wydawnictwo Czarne, 2017) – Nagroda Magellana 2018, Nagroda Traveler w kategorii „Podróżnicza Książka Roku”; nominacje do Nagrody Conrada 2018, Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza 2018 oraz Nagrody Literackiej m.st. Warszawy.

„Kiczery” (Wydawnictwo Czarne, 2019) – nominacja do Odkrycia Empiku 2019 w kategorii „Literatura”

Wojtek

Wojtek – zapalony rowerzysta zarażony od dziecka miłością do wody, biwakowania oraz jak najbliższego obcowania z przyrodą. Odwieczny foto-turysta (również w swoim mieście – Poznań). Zaprzysięgły miłośnik mikro-podróży oraz turystyki krajowej. Ciągle przedkłada przeżywanie chwil nad ich rejestrowaniem czego żałuje kiedy przychodzi czas pisania. Pewniej czuje się na ziemi lub wodzie i niechętnie wsiada do samolotu. Trochę geek, trochę gadżeciarz, niepoprawny kofeinista alternatywny… W zasadzie „trochę” wszystkiego czego się da trochę.

komentarzy

Kliknij żeby dodać post

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.