Wschodnia Przygoda - Część II - 500 miles
Na szlaku Stories

Wschodnia Przygoda – Część II

Dzień 3 – poniedziałek (13/06/16)

Trasa: Trasa: Chełm – Sławatycze (110 km)

Poranek oznaczał jedno – jajecznica. Tak już mam, że uwielbiam od rana, szczególnie na wyjeździe, zjeść jajecznicę. Dodatkowo na biwaku celebruję picie kawy. Tereny sportowe MOSiR Chełm wypełniły więc od rana zapach sporej jajecznicy oraz delikatny aromat świeżo palonej kawy. Na tym wyjeździe rozkoszujemy się nową linią kaw od MK Cafe – Mk Fresh. Na pierwszy etap zabraliśmy kawę z Kenii.  Zamówiłem ją tuż przed wyjazdem i trochę bałem się czy zdąży dojść, ale na szczęście wszystko się udało wyśmienicie.  Potem szybkie składanie obozu i w drogę. Podjazdy się skończyły, ten etap można określić jako „płaski”. Tym razem cała nasza trasa prowadziła szlakiem Green Velo i na szczęście nie powtórzyła się sytuacja z naszej pierwszej styczności z tym tworem. Trzeba uważać na oznaczenia i czasem zastanowić się dwa razy, ale podobało mi się, że zamiast asfaltową szosą bez pobocza mogliśmy jechać ścieżką rowerową obok. Jedna obserwacja, która stoi w mojej głowie wielkim znakiem zapytania jest taka, że Green Velo cierpi na dwie choroby:

Barierkozę

Znakozę

Chce wierzyć, że wynika to  jakichś chorych przepisów i zasad. Wolę myśleć, że jest tak, niż że ktoś się pomylił i wpisał w projekcie unijnym o jedno 0 za dużo przy określaniu zapotrzebowania na barierki. Próbowałem metodą dedukcji dojść do podstaw montowania barierek, ale ni cholery mi to nie wychodziło. Nie jest to zależne od głębokości czy typu rowu, tego czy jest to góra czy dolina ani czy rów jest ocembrowany czy nie. Jeśli jest tu jakiś spec od dróg, rowów i barierek BŁAGAM o wyjaśnienie! Ciągle wypatrywaliśmy Bugu i kiedy tylko dojechaliśmy do miejscowości Siedliszcze podjechaliśmy nad rzekę i po obfotografowaniu się ze znakami i słupkami zrobiliśmy piknik z kawą. Przed wypawą zaopatrzyłem się w dwie kawy z nowej linii Mk Fresh. Ponoć są palone nie później niż 14 dni przed sprzedażą. Pierwszego tygodnia będziemy pili kawę z Kenii a drugiego z Kolumbii. Póki co Kenia jest genialna a nasz nowy dripper sprawuje się wyśmienicie.

Padł też „Urwis” od ZmianyZmiany.

Droga wiła się przed nami pięknym asfaltem i kilometry uciekały. W niektórych wioskach urzekały stare drewniane domy, jednak częściej mijaliśmy opuszczone siedliska. W jednej miejscowości miałem nawet wrażenie, że pusty jest co drugi dom.

Postanowiliśmy przejechać przez Sobibór – miejsce, w którym znajdował się kiedyś niemiecki obóz zagłady. Niewiele było tam do zobaczenia bo teren Kopca Pamięci był niedostępny. Przeszliśmy aleją pamięci i tyle. Żałowaliśmy trochę, że nie wybraliśmy trasy przez okolicę trój-styku granic Polski, Ukrainy i Białorusi.

Postój zaplanowaliśmy w miejscowości Okuninka. W sezonie musi być to żywy koszmar. Kurort jak te nadmorskie. Cymbergaj, bokser, frytki i lody zakręcone. Na szczęście jeszcze sezon się nie zaczął więc daliśmy rade zjeść pierogi. Znalazło się też miejsce na hamak. Bujałem się w nim i mogłem chwilę zając się pisaniem tekstów.

Włodawa kojarzy mi się z dzieciństwem i komunikatami podawanymi w 1 programie Polskiego Radia: „Na Bugu we Włodawie ubyło 3”. To były komunikaty o stanie na wodowskazie. Nawet chciałem tam pojechać, ale postanowiliśmy tylko na symbole trzech kultur, które stworzyły Włodawę. Jest więc cerkiew, kościół i synagoga. W tej ostatniej mieści się muzeum, a te w poniedziałki są zamknięte. I tak niewiele by to dało, bo otwarte jest do 16, a my byliśmy nieco później. Ładne widoki umiliły przejazd.

Na pewno Warto odbić od szlaku i przejechać przez miejscowość Różana. Jest to miłe urozmaicenie. Zaskakuje ogromny DPS na wjeździe. Potem stare zabudowania majątku. Gdzieś obok też ruiny pałacu, ale nie dotarliśmy do nich. Bardzo ciekawie prezentuje się też kościół.

Meta i nocleg wypadły w miejscowości Sławatycze. Chcieliśmy rozbić namiot w pierwszej agroturystyce za kościołem przy ul. Kodeńskiej ale właściciel udostępnił nam pokoik oraz luksus jakiego nie zakładaliśmy – prysznic.

Dzień 4 – wtorek (14/06/16)

Trasa: Sławatycze – Krzyczew (67 km)

Jest kilka prawd absolutnych!

  1. Kiedyś na pewno będzie padać.
  2. Nie ważne co masz na sobie – i tak będziesz mokry
  3. Prawa Murhpyego to nie bzdury.

Wiedzieliśmy, że dziś będzie padać. Wszystko na to wskazywało. Jedyna szansa i nadzieja była w tym, że przetniemy ten front albo uda się go przeczekać… albo cokolwiek. Kiedy pakowałem się na tę wyprawę zamiast brać dodatkową parę butów czy spodni czy spodnie przeciwdeszczowe mówiłem sobie – jakoś dam radę. Dziś był dzień dawania sobie rady. W sumie zaczęło się niewinnie – jechaliśmy, a krople od czasu do czasu trafiały w rower albo człowieka. W zasadzie można by je nawet wymijać. Najpierw odwiedziliśmy przejście graniczne w Sławatyczach, żeby symbolicznie „zaklepać” się na końcu UE. Porozmawialiśmy chwilę z przemiłą Strażniczką Szlabanu i ruszyliśmy w drogę.

W zasadzie warto wspomnieć dziś dwa miejsca:

Jabłeczna – jedno z największych i najstarszych miejsc prawosławia w Polsce, klasztor i miejsce kultu Św. Onufrego Pustelnika. 24-25 czerwca ma miejsce coroczny odpust na który zjeżdżają się tam ponoć tysiące pielgrzymów nic więc dziwnego, że na każdym kroku widać było pracujących ludzi. Może też dlatego nie czuliśmy się tam mile widziani i po obejrzeniu wnętrza cerkwi (osobo-cegiełka 5 zł) oraz dostępnego obejścia ruszyliśmy w drogę. Nad Bugiem stoi jeszcze jeden budynek należący do tego kompleksu.

Kostomłoty – jedyna w Polsce parafia neo-unicka z obrządkiem bizantyjsko-słowiańskim. Obrządek  ten jest rozwijany od dwudziestolecia międzywojennego w miejsce zlikwidowanego przez carat kościoła unickiego.

Cały dzień zdominowały jednak inne sprawy:

Rower M. postanowił dziś zamanifestować swoje istnienie i rozwalił dwie (tak, dwie) dętki. Winowajcą okazała się opaska na tylnej obręczy, która nagle zaczęła przecinać dętki… Naprawdę nie wiem dlaczego w ogóle to się działo, ale wiem dlaczego działo się to dzisiaj –  bo padało! Ot prawo Murphyego i mój osobisty pech. Och jak bardzo cieszyłem się, że zabrałem dwie nowe dętki, a jeszcze bardziej, że zabrałem WYGODNĄ  pompkę zamiast pompki „BYLE BYŁA”. Nie ma nic gorszego niż mocowanie się w pełnym przeciwdeszczowym „kondomie” z mikro pompką, żeby napompować pod sakwy oponę o szerokości 1.9 cala…

No właśnie, deszcz…. Kiedy przestawał padać – zaczynał lać. Okazało się, że nie przetniemy frontu tylko pojedziemy cały dzień dokładnie pod nim. Temperatura około 17 st, mocny wiatr i deszcze który leje pod kątem 45 st. Kurteczka przeciwdeszczowa HH puściła po jakimś czasie. W moich butach wesoło chlupała woda, a spodnie były przesiąknięte jak gąbka. Jedyne suche miejsce to był mój tyłek poza tym – woda pod korek. W jeżdżeniu w deszczu najbardziej lubię ten moment, kiedy robi Ci się wszystko jedno i już tylko pedałujesz. Cieszyłem się też tym, że wszystko co mam w sakwach jest suche oraz, że mój aparat leży bezpiecznie w przedniej torbie. Najlepsze jest to, że dzięki wodoszczelności Olympusa Tough TG-4 mogłem ciągle robić zdjęcia i trzymać go bez strachy w przemoczonej kieszeni.

Ciąg dalszy: Wschodnia Przygoda cz. III

komentarzy

Kliknij żeby dodać post

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.