Na szlaku Stories

Wschodnia Przygoda – Część IV

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Dzień 9 – niedziela (19/06/16)

Trasa: Białowieża – Augustów (130 km)

Nadszedł czas zakończyć odpoczynek od roweru i ruszyć dalej. Postanowiliśmy jednak jeszcze wspólnie całą ekipą (z Ewą i Izą) odwiedzić Kruszyniany. Dystans rowerem – około 80 km, samochodem – 90 km.  Powstał więc cwany plan. Część rowerowa rusza wcześnie rano ALE na lekko (to jest bez sakw, które zostały zapakowane do auta). Wóz techniczny wyruszy odpowiednio później tak, abyśmy spotkali się na miejscu mniej więcej w tym samym czasie.

Jazda bez sakw to po prostu bajka. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko tego, żeby mój rower przestał wydawać z siebie tyle kosmicznych dźwięków. Jestem na niego trochę zły. Przednia tarcza ciągle piszczy. Czasem tylko przy niskich prędkościach a czasem – przy każdej. Niesamowicie wkurzające. Próbowałem ustawić zacisk ale nic nie dało. Drugi dźwięk to „strzelanie” z okolic suportu. Przed wyjazdem zamontowałem nowy a już zachowuje się jak ostro tyrany w górach. Sprawdzałem już nawet czy to czasem rama nie pęka gdzieś ale wydaje się, że nie. I tak jadę piszcząc z przodu i stukając w środku. Z takim rowerem marne szanse na spotkanie ciekawego zwierza na szlaku. A w sumie nawet okoliczności były dziś sprzyjające. Od rana jechaliśmy przez Puszczę. Niestety żaden zwierz nie zaszczycił nas swoim widokiem. Spotkaliśmy jedynie ekipę na wozie, która wybrała się na przejażdżkę.

Krajobraz znów się zmienił. Rozległe łąki i pola, mniej drewnianej zabudowy (choć za Michałowem znów się pojawiła). Do Michałowa piękna ścieżka (potem „wpada” do niej Green Velo). Co ciekawe – tym razem nie było barierek i to pomimo tego, że śmiercionośny rów czaił się tuż obok! W ten sposób upadła kolejna teoria dotycząca przyczyn barierkozy.

Mijaliśmy cerkwie, z których (w końcu była to niedziela) słychać było przepiękny śpiew. Ostatnie kilometry przed Kruszynianami łatwe nie były. Nie dość, że droga piaszczysta to jeszcze w lasach pełno połamanych drzew i gałęzi. Widać, że tam ostatnie burze „przywaliły” najmocniej.

Kruszyniany zgodnie, z oczekiwaniami, były pełne turystów. Nie jest to jednak ilość, która przeszkadzałaby w jakikolwiek sposób. Najpierw załapaliśmy się na krótką „lekcję” w zielonym meczecie, która przybliża nieco kulturę, wiarę, tradycję i historię Tatarów w Polsce. Bardzo pouczające.

Potem krótki spacer na cmentarz i w końcu poszliśmy tam, gdzie kieruje się każdy odwiedzający Kruszyniany – do Tatarskiej Jurty Dżennety Bogdanowicz. Było jedzone a wszystko co było jedzone było pyszne. Największym hitem jest na pewno Pierekaczewnik ale pozostałe z próbowanych przez nas potraw też były bardzo dobre.

Uwaga! Na deser wszedł „Listkowiec”, czyli rodzaj makowca. Porcja jest spora więc trzeba zostawić na niego miejsce.

W Kruszynianach pożegnaliśmy Izę i Ewę i już z sakwami ruszyliśmy dalej. Celem byłą Sokółka skąd mieliśmy się pociągiem przetransportować  do Augustowa.

Jechaliśmy świetną drogą wśród pól aż po horyzont. Wszystko wyglądało niezwykle malowniczo. W nogach było już przeszło 90 km a  każdym kolejnym teren stawał się coraz bardziej pofałdowany. To w takiej sytuacji dopadła mnie kolejna prawda życiowa ze wschodniego szlaku: Wszystko co zjedziesz będziesz musiał kiedyś podjechać, wszystko co podjedziesz być może będziesz mógł kiedyś zjechać.

Duże wrażenie zrobiła mijana po drodze największa w Polsce plantacja borówek z osiedlem domków dla pracowników. Z oddali widziałem też ogromną żwirownię przed Sokółką. Starszy Pan, z którym jechałem przez moment opowiadał mi, że w przyszłości zaleję wszystkie wykopy żwirowni i powstanie kilka jezior.

W końcu, mocno już zmęczeni, dotarliśmy na dworzec. Dworzec w Sokółce to generalnie masakra z jedną kasą czynną 30 minut przed odjazdem i bez toalet (to znaczy są ale w określonych godzinach). Najgorszą rzeczą jaką można usłyszeć po 2h oczekiwania na pociąg na odkrytym peronie to: „… jest opóźniony o około 40 minut”.

Kiedy wysiedliśmy w Augustowie było już ciemno. Ponieważ nie znam tego miasta postanowiłem spróbować z polem namiotowym, na którym byłem dwadzieścia kilka lat temu. Znany ośrodek na uboczu lśnił nowością, szyld przed wejściem informował, że nadal jest tam pole namiotowe. Recepcja była pusta i trochę czasu minęło zanim pojawiła się jakaś pani. Zarówno jej stan jak i wyziew kelnera, z którym konsultowała kwestie merytoryczne dotyczące noclegu na polu, wskazywały na konsumpcję procentową. Udostępnianie pryszniców przekonało nas o tym na 100 (nomen omen) procent. Rozbijanie namiotu po ciemku nie było większym problemem – czołówki wystarczyły. Mimo perypetii po prysznicu sen przyszedł szybko.

Dzień 10 – poniedziałek (20/06/16)

Trasa: Augustów – Kropiwno (50 km)

Pobudka w Augustowie była twarda. Okazało się, że mój materac postanowił wypuścić powietrze. Zauważyłem w nim taką wadę – element zaworu wykonany jest z twardego plastiku i po jakimś czasie zaczyna on dziurawić znacznie delikatniejszy materiał materaca. Do tej pory były to małe otwory ale tym razem miałem tam kilku milimetrowe rozcięcie. Postanowiłem odłożyć tę naprawę na jakiś czas. W recepcji byliśmy niewidoczni. Wszyscy byli zajęci większą grupą opuszczającą hotel. Pojechaliśmy po zakupy, zrobiliśmy śniadanie ale jakoś nikt się nami nie interesował. Nie zmieniło się to nawet, kiedy zwijaliśmy namiot, ani kiedy spakowani wyjeżdżaliśmy przez bramę. Cóż, może to gratis w ramach niepełnej formy obsługi poprzedniego wieczoru?

Tuż przed wyjazdem na Wschodnią Przygodę trafiłem na człowieka, który w drewnianym domu w Kropiwnie robi różne rzeczy. Znany jest przede wszystkim z tego, że od wielu lat robi fajki. Pomyślałem, że chciałbym zobaczyć warsztat fajczarza i naniosłem współrzędne z tym miejscem na GPS. To był nasz pomysł na krótką, przyjemną trasę po wczorajszym dystansie. Jedyne co nie do końca pasowało to pogoda – padało. Piszę to jednak spokojnie, w końcu prawdziwy DESZCZ mamy już za sobą a to po prostu była upierdliwa mżawka, która tylko momentami przybierała na sile stając się zwyczajnym deszczem. Było to nieprzyjemne o tyle, że to w połączeniu z wysoką temperaturą i wiatrem dosłownie „gotowało” nas pod kurtkami przeciwdeszczowymi. Trudno – jest przygoda i nie leje jak poprzednio, nie ma co narzekać. Po drodze przekroczyliśmy Biebrzę.

Trafiliśmy też na bunkry.

Janek przyjął nas niezwykle gościnnie. Nakarmił przepyszną duszoną młodą kapustą z mięsem i pieczonymi ziemniakami. Posiedzielim, pogralim, porozmawialim. Ot – proste życie na wsi. Warsztat fajczarski oczywiście też zobaczyłem tak samo jak przepastną kolekcję fajek ale Janek to poza fajkami 1000 różnych zainteresowań, umiejętności oraz tona wiedzy na temat bliższej i dalszej okolicy. Bardzo się cieszę, że mogliśmy spędzić z nim to popołudnie. Na dodatek ma tam niezły zwierzyniec w tym wspaniałego psa.

Dzień 11 – wtorek (21/06/16)

Trasa: Kropiwno – Stary Folwark / jez. Wigry (70 km)

Wietrzenie i chłodno, nie było łatwo opuszczać gościnny dom w Kropiwnie. Zaplanowaliśmy trasę nad jez. Wigry przez Puszczę Augustowską. Najpierw Lipsk znany z przepięknych pisanek.

Zimno, wietrznie a wiatr (pomimo prognoz) zamiast w plecy to jak zawsze w twarz. Niesamowite ile tu po drodze w lesie krzyży, kapliczek, ołtarzyków i innych świątków.

Przejechaliśmy Kanał Augustowski nad śluzą a potem przez długi czas ścieżka prowadziła nas wzdłuż Czarnej Hańczy.

Najchętniej wskoczyłbym z rowerami na jakąś krypę i przepłynął się Hańczą. Szczególnie, że pedałowanie szło dziś mozolnie. Zrobiliśmy sobie przerwę na kawę na jednym z Green Velowych MOR-ów (Miejsca Obsługi Rowerzystów). Bardzo wygodne rozwiązanie ale w wielu miejscach obnaża największy problem tego szlaku – bezpańskość. Tym razem trafiliśmy na strasznie zaśmiecony. Nie sądzę jednak żeby był to bałagan rowerzystów bo większość stanowiły szklane opakowania po napojach alkoholowych mocnych.

Przed Wigrami znów rollercoster czyli jazda góra, dół, góra, dół i tak wkoło. Pole namiotowe super, namiot rozbity, jest gdzie rozwiesić hamak. Zrzuciliśmy bagaż i pojechaliśmy coś zjeść. Soczewiaki – to jest to! Wieli pieróg zrobiony z mączno-ziemniaczanego ciasta z pysznym mięsnym nadzieniem.

Całość jest pieczona i coś jeszcze ale nie wiem już co. Po takim daniu (+sieja i sielawa) złożyło mnie w trakcie pisania tego tekstu.

Mamy nadzieję na lepszą pogodę jutro. Materac póki co połatany. Zobaczymy jak wypadnie trwałość naprawy.

Dla odważnych – zobaczcie co się dzieje jak się klej do łatek Tip-Top poleje cyjanoakrylem.

Ciąg dalszy: Wschodnia Przygoda cz. V

komentarzy

Kliknij żeby dodać post